
Świętowanie, które zamieniło się w ciszę
Nowy Rok w Tajlandii zawsze zaczyna się światłem. Fajerwerki nad miastami, śmiech na ulicach, muzyka, życzenia, nadzieje. Przez kilka godzin kraj próbuje zapomnieć o codziennych problemach i wierzyć, że kolejny rok będzie lepszy.
Ale zanim opadł dym po fajerwerkach, 86 rodzin otrzymało wiadomość, która zmieniła ich życie na zawsze.
W ciągu zaledwie dwóch pierwszych dni noworocznej kampanii „7 Niebezpiecznych Dni”, tajskie drogi odebrały 86 ludzkich istnień. Nie liczb. Nie statystyk. Ludzi.
Każda liczba to czyjś dom, który nagle ucichł
Departament Zapobiegania Katastrofom i Łagodzenia Skutków (DDPM) opublikował dane, które brzmią jak raport wojenny. 469 wypadków, 452 rannych, 86 zabitych w ciągu 48 godzin.
Ale za tymi liczbami kryją się:
- dzieci, które nie doczekają powrotu ojca,
- rodzice, którzy przeżyją swoje dzieci,
- telefony, które zadzwoniły za późno,
- stoły noworoczne, przy których zabrakło jednego krzesła.
Szczególnie tragiczny był 31 grudnia, noc, która miała być świętem. Tylko tego jednego dnia zginęły 53 osoby.
Motocykl, prosta droga i chwila nieuwagi
Większość tych tragedii wydarzyła się na prostych odcinkach dróg. Nie w górach. Nie w trudnych warunkach. Na odcinkach, które znamy najlepiej — i właśnie dlatego lekceważymy.
Najczęściej ginęli motocykliści. Ponad 74% wypadków dotyczyło jednośladów. Pojazdów, które w Tajlandii są codziennością, a jednocześnie nie wybaczają żadnego błędu.
Najbardziej śmiercionośne godziny?
Między 18:00 a 21:00.
Czas, gdy ludzie wracają do domów, jadą na spotkania, na kolacje, „tylko na chwilę”.
„7 Niebezpiecznych Dni” – nazwa, która nie jest metaforą
Kampania potrwa do 5 stycznia 2026 roku. Co roku służby apelują o to samo: wolniej, ostrożniej, trzeźwo. I co roku statystyki wracają jak ponury refren.
To nie są „wypadki”.
To skutki decyzji podjętych w jednej sekundzie.
Przekroczona prędkość. Zignorowany kask. Alkohol. Zmęczenie. Pewność, że „nic się nie stanie”.
Komentarz redakcji
Nowy Rok miał być nowym początkiem. Dla 86 osób stał się końcem.
W Tajlandii mówi się często, że drogi „zabierają”. Ale prawda jest trudniejsza: to my oddajemy. Czasem z pośpiechu, czasem z brawury, czasem z obojętności.
Ten artykuł nie jest ostrzeżeniem. Jest ciszą po syrenie. Chwilą, w której warto zwolnić — nie tylko na drodze, ale i w myślach.
Bo każdy kolejny dzień kampanii to kolejne ryzyko. A za każdą liczbą kryje się ktoś, kogo już nie ma.
O innych wypadkach pisaliśmy tutaj – Pattaya: Pijany kierowca wjechał na tory kolejowe i cudem uniknął tragedii








