
To nie była walka z cudzoziemcami. To była polityka wewnętrzna
W ostatnich miesiącach wielu obcokrajowców mieszkających lub podróżujących po Tajlandii odebrało wzmożone kontrole imigracyjne jako działania wymierzone bezpośrednio w nich. W przestrzeni publicznej szybko pojawiła się narracja o „porządkowaniu kraju”, „moralnej higienie” oraz walce z problematycznymi cudzoziemcami.
To jednak wygodne uproszczenie.
Zaostrzenie polityki imigracyjnej nie było reakcją na zachowanie obcokrajowców. Było elementem wewnętrznej strategii politycznej, obliczonej na wzmocnienie wizerunku silnego przywództwa przed wyborami parlamentarnymi. I — patrząc na ich wynik — strategia ta okazała się skuteczna.
Imigracja jako sprawdzony instrument władzy
Według nieoficjalnych danych Komisji Wyborczej Partia Bhumjaithai osiągnęła zdecydowane zwycięstwo, zbliżając się do 200 mandatów po uwzględnieniu miejsc z list partyjnych. Jej lider, Anutin Charnvirakul, wyrósł na kluczową postać przyszłego układu rządowego.
Dla obserwatorów tajskiej sceny politycznej nie jest to nowość. Gdy sytuacja polityczna się komplikuje lub trwa walka o władzę, egzekwowanie prawa nagle staje się twardsze — nie dlatego, że zmieniają się przepisy, lecz dlatego, że zmienia się klimat polityczny.
Imigracja w takich momentach jest jednym z najbezpieczniejszych narzędzi:
- jest widoczna,
- łatwa do zaostrzenia,
- nie uderza bezpośrednio w krajowy elektorat.
Z punktu widzenia kampanii wyborczej to narzędzie niemal idealne.
Zwycięstwo wyborcze, którego kosztów nie widać od razu
Problem polega na tym, że koszty tej strategii nie pojawiają się w noc wyborczą.
Cudzoziemcy w Tajlandii to nie tylko turyści. To:
- źródło zewnętrznego kapitału,
- stali płatnicy VAT-u przy każdej transakcji,
- osoby niekorzystające z systemu socjalnego,
- długoterminowi rezydenci planujący inwestycje, pracę i życie w kraju.
Gdy system staje się nieprzewidywalny, racjonalni ludzie nie protestują. Zmieniają kierunek. Kapitał odpływa, długoterminowi rezydenci ograniczają zaangażowanie, a specjaliści przestają wiązać swoją przyszłość z danym państwem.
To proces cichy i rozłożony w czasie — aż do momentu, gdy skutki stają się trudne do odwrócenia.
Zobacz również – Partia Bhumjaithai wygrywa wybory parlamentarne w Tajlandii 2026. Stabilna koalicja niemal pewna
Starzejące się państwo i malejący margines błędu
Tajlandia liczy około 69 milionów mieszkańców. Zaledwie około 4 miliony osób płacą podatek dochodowy. Państwo w ogromnym stopniu opiera się na wpływach z VAT-u.
A kto płaci VAT na absolutnie wszystko?
Turyści i cudzoziemcy.
Jednocześnie kraj starzeje się w szybkim tempie. Średni wiek społeczeństwa zbliża się do 40 lat, dzietność pozostaje znacznie poniżej poziomu zastępowalności pokoleń, a zasoby siły roboczej kurczą się szybciej, niż rośnie produktywność.
W takiej sytuacji wiele państw stawia na stabilność, przewidywalność i jasne reguły gry. Tajlandia wybrała kontrolę, sygnały polityczne i krótkoterminowy efekt wizerunkowy.
Co dalej?
Strategia przyniosła efekt.
Wybory zostały wygrane.
Władza została skonsolidowana.
Czas jednak nie zatrzymał się wraz z ogłoszeniem wyników.
Kluczowe pytanie brzmi dziś nie czy zaostrzenie polityki imigracyjnej pomogło wygrać wybory — bo to już się stało — lecz czy nowy rząd wykorzysta zdobyty czas, by przejść od demonstracji siły do realnych reform: większej przejrzystości, stabilności regulacyjnej i długofalowego wzrostu.
Bo narzędzia, które dziś działają najłatwiej, jutro mogą przestać działać w ogóle.
Komentarz redakcji
Zaostrzenie kontroli imigracyjnych w Tajlandii było politycznie skuteczne, ale gospodarczo ryzykowne. Historia pokazuje, że krótkoterminowe decyzje podejmowane pod presją wyborczą rzadko bywają neutralne w dłuższej perspektywie. Najbliższe miesiące pokażą, czy nowy rząd potraktuje twardą politykę jako narzędzie przejściowe, czy jako stały element zarządzania państwem. Od tego zależy, czy Tajlandia pozostanie krajem przewidywalnym i atrakcyjnym — nie tylko dla turystów, ale i dla kapitału oraz specjalistów.
Źródło: Facebook








