
Głodne makaki schodzą do ludzi
W południowej Tajlandii rozgrywa się scena, która jeszcze kilka lat temu byłaby trudna do wyobrażenia. Ponad 300 makaków zaczęło regularnie schodzić z gór do świątyni Wat Khao Pina w prowincji Trang, szukając jedzenia i wody.
Zwierzęta pojawiają się w grupach liczących od kilkudziesięciu do nawet ponad stu osobników. Podzielone na cztery stada, naprzemiennie schodzą z góry Khao Pina i zajmują przestrzeń wokół świątyni. Siadają wzdłuż werand, przy budynkach i w pobliżu pomieszczeń mnichów, jakby dokładnie wiedziały, gdzie mogą liczyć na pomoc.
To nie jest przypadkowe zachowanie. Tegoroczna susza okazała się wyjątkowo dotkliwa. Wyschnięta roślinność i zanikające źródła wody sprawiły, że naturalne środowisko przestało zapewniać im podstawowe warunki do życia.
Spokojne zachowanie, ale rosnąca desperacja
Mimo swojej liczby, małpy nie wykazują agresji. Mnisi podkreślają, że zwierzęta nie niszczą mienia i nie atakują ludzi. Zamiast tego czekają — spokojnie, cierpliwie, często godzinami — aż ktoś przyniesie im jedzenie.
Opat świątyni, Phra Athikan Boonlert, zaczął dokarmiać makaki bananami oraz resztkami jedzenia. To jednak tylko doraźne rozwiązanie. Przy tak dużej liczbie zwierząt zapasy szybko się kończą, a potrzeby stale rosną.
Coraz częściej można zaobserwować oznaki głodu. Niektóre małpy przeszukują śmietniki, inne potrząsają drzewami, próbując zwrócić na siebie uwagę. Zdarza się również, że pozostają na terenie świątyni przez cały dzień, szczególnie rano i wieczorem, kiedy najbardziej odczuwają brak pożywienia.
Problem, który będzie narastał
Sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że populacja makaków stale rośnie. Większość z nich nie była sterylizowana, co sprawia, że liczba zwierząt szybko się zwiększa, a dostępne zasoby stają się jeszcze bardziej ograniczone.
Część małp zaczęła przemieszczać się także na pobliskie wzgórza, jednak tam również brakuje jedzenia. W efekcie coraz częściej opuszczają teren świątyni i zapuszczają się bliżej ludzi, co niesie realne zagrożenia — mogą zostać potrącone przez samochody, zaatakowane przez psy lub skrzywdzone przez człowieka.
Opat świątyni zaapelował o pomoc, prosząc o darowizny w postaci owoców, takich jak banany czy trzcina cukrowa. Choć lokalna społeczność reaguje i stara się wspierać działania, skala problemu jest większa niż dostępne możliwości.
To, co dzieje się w Trang, jest czymś więcej niż lokalną ciekawostką. To wyraźny sygnał, jak ekstremalne warunki pogodowe i susza zaczynają wpływać nie tylko na ludzi, ale także na dzikie zwierzęta, które coraz częściej są zmuszone szukać ratunku tam, gdzie wcześniej ich nie było.
Zobacz również – Świątynia w Chiang Mai grozi zamknięciem dla turystów. Powodem „nieodpowiednie” zachowania








